Półwysep Snæfellsnes na zupełnym chillu - Steem-Hikers

Półwysep Snæfellsnes na zupełnym chillu

Pewnego leniwego lipcowego dnia, dość spontanicznie postanowiliśmy z Czarkiem wybrać się na zachodni półwysep Islandii o wdzięcznej nazwie Snæfellsnes...

miesiąc temu, komentarzy: 12, wynagrodzenie: $6.07

Pewnego leniwego lipcowego dnia, dość spontanicznie postanowiliśmy z Czarkiem wybrać się na zachodni półwysep Islandii o wdzięcznej nazwie Snæfellsnes. Półwysep ten jest zwany także "miniaturą Islandii", gdyż znajdują się na tym dość niewielkim obszarze w zasadzie wszystkie charakterystyczne dla wyspy zjawiska przyrody - wulkany, lodowiec, wodospady i majestatyczne góry. Nie mogło tam oczywiście zabraknąć owiec, koni i klimatycznych nadmorskich miasteczek.

Autor: @saunter


Jako, że obaj mieliśmy wolne od pracy tego dnia, wstaliśmy dość późno. Specjalnie nie jedliśmy śniadania, by od razu nasycić się obiadem korzystając ze specjalnego kuponu na lunch dla dwóch osób, który otrzymałem. Od czasu do czasu restauracje podarowują takie kupony recepcjonistom, by ci mogli później (szczerze lub nie) polecać właśnie te knajpy odwiedzającym Islandię gościom. Smakowało nam wyśmienicie, więc mogę wam szczerze polecić restaurację Foodcellar (Matarkjallarinn), która znajduje się w samym centrum Reykjavíku. Otrzymane przez nas dania tak nas "zniszczyły" swoimi porcjami, że nie mieliśmy siły się ruszyć przy próbie wyjścia z restauracji. Zupa rybna z olejem koperkowym, pieczona kaczka i na deser czekoladowy baton z lodami i malinami. Przy deserze byłem tak przejedzony, że w zasadzie odebrało mi to trochę przyjemność jedzenia - pewnie to kwestia tego, że nie "rozgrzałem" żołądka śniadaniem… Następnym razem je zjemy korzystając z takich kuponów, to pewne.

sneafel-1.jpg sneafel-2.jpg sneafel-3.jpg

Glymur


Walcząc z poobiednią sennością, wyruszyliśmy dość późno, bo około godziny 14. Niestety, tym razem nie zabrałem ze sobą aparatu, gdyż był on w naprawie - tak więc fotki w tym wpisie są za naszych telefonów… Jadąc w stronę Snæfellsnes postanowiliśmy przejechać się dłuższą drogą wzdłuż fiordu, który jest kilkadzieścia kilometrów na północ od stolicy (alternatywą jest tunel, który omija cały fiord). U samego "szczytu" wcięcia zaczyna się szlak prowadzący do drugiego najwyższego wodospadu na Islandii - dwustumetrowego Glymur. Szlak jest niedługi, a rozpoczyna go ogromne pole fioletowego łubinu (który notabene, podobno sprowadzono tutaj z Alaski).

sneafel-4.jpg

sneafel-18.jpg

sneafel-5.jpg

sneafel-6.jpg

sneafel-7.jpg

Najtrudniejszą częścią była przeprawa przez dość wartką (i cholernie zimną) rzekę. Przymocowana lina na szczęście znacznie ułatwiała sprawę, a przez to że, NAPRAWDĘ wybraliśmy się tam na chillu i mieliśmy na sobie dresy, wystarczyło je podciągnąć by bez problemu przejść na drugą stronę :D

sneafel-8.jpg

To co podobało nam się w tym szlaku to to, że jego cel ukrywa się w czeluściach kanionu. Dopiero na końcu drogi można ujrzeć wodospad w całej okazałości. Wysokość rzeczywiście robi swoje, a sam kanion tylko potęguje wrażenie gabarytów Glymuru.

sneafel-9.jpg

sneafel-10.jpg

sneafel-11.jpg

Na szczycie góry przekroczyliśmy rzekę ponownie, obchodząc w efekcie Glymur dookoła. Nurt u góry jest znacznie łagodniejszy, choć woda równie lodowata. Z góry rozpościera się iście pocztówkowy widok na cały fiord.

sneafel-13.jpg

sneafel-14.jpg

sneafel-15.jpg

sneafel-16.jpg

sneafel-17.jpg

Snæfellsnes


Snæfellsnes to półwysep w zachodniej Islandii znajdujący się w niedużej odległości od stolicy. Początkowo planowaliśmy przejechać go od południa, lecz pomyliliśmy drogę i ostatecznie pojechaliśmy drogą na północną.

Wyszło nam to na dobre, bo natrafiliśmy dzięki temu na całkiem niespodziewane wydarzenie. Zatrzymaliśmy się przy kraterze, który znajdował się tuż przy drodze. Zdziwiła nas ilość zaparkowanych aut w tym miejscu i ludzi wdrapujących się po drewnianych schodach na szczyt krateru. Co więcej, gdy się przysłuchaliśmy usłyszeliśmy, że zdecydowana większość z nich to Islandczycy. A tej narodowości aż często się nie spotyka przy atrakcjach turystycznych.

sneafel-20.jpg

Islandczycy zaczeli usadawiać się na schodkach, słowem - obejmowali pozycje. Stało się jasne, że dzieję się tutaj coś niezwykłego, a ci ludzie przyjechali tutaj PO COŚ. Wtem półtorej tuzina mężczyzn w swetrach z wełny islandzkich owiec wyszło na środek krateru i… zaczeło donośnie śpiewać tradycyjne islandzkie pieśni ludowe. Na naszych twarzach momentalnie pojawił się uśmiech i z uwagą słuchaliśmy tego zupełnie niespodziewanego koncertu.

sneafel-19.jpg

sneafel-22.jpg

sneafel-21.jpg

Okazało się, że był to występ chóru uniwersyteckiego z pobliskiego Uniwersytetu Bifröst, który obchodził tego dnia swoje stulecie! Ten zbieg okoliczności dostarczył nam porządnego zastrzyku serotoniny i odpowiedniej dawki energii na dalszą część wyprawy. Udało się mi znaleźć krótki filmik z tego wyjątkowego występu:


sneafel-24.jpg

Kontynuując jazdę dotarliśmy do wybrzeża. Pogoda nas tego dnia rozpieszczała. Czytając nasze lub moje wpisy z Islandii możecie odnieść wrażenie tutaj zawsze jest ładnie i słonecznie, podczas gdy prawda jest taka, że my po prostu zawsze wybieramy akurat te wyjątkowe, rozpogodzone dni na nasze wojaże. Nie bierzcie więc tych słonecznych zdjęć za pewnik, jeżeli myślicie tutaj o przyjeździe.

sneafel-25.jpg

sneafel-26.jpg

sneafel-27.jpg

sneafel-28.jpg

sneafel-29.jpg

Lipiec to okres, gdy słońce właściwie nie zachodzi zupełnie zza horyzont. Byliśmy dopiero na początku półwyspu, a złote światło zachodzacego słońca towarzyszyło nam przez conajmniej kilka godzin. Na dłuższą chwilę zatrzymujemy się w Stykkishólmur, gdzie korzystając z tego, że nie jestem kierowcą korzystam z dobrodziejstw portowego baru. Czarek zadowola się kawą. Stykkishólmur to "stolica" Snæfellsnes i jest całkiem urokliwym miasteczkiem o rzadkiej zabudowie. Można stąd wziąć prom i popłynąć na fiordy zachodnie, zahaczając przy okazji o słynną wyspę Flatey. Na tę opcję nie mieliśmy czasu, odpaliliśmy więc silnik poczciwej Yariski i ruszyliśmy dalej na zachód.

sneafel-30.jpg

sneafel-31.jpg

sneafel-32.jpg

sneafel-33.jpg

Wtem z za horyzontu wyłonił się spiczasty szczyt Kirkjufell ("Góra-Kościół"). Góra ta, wraz z pobliskim wodospadem widocznym w kadrze, jest bodaj najczęściej fotografowanym obiektemi na Islandii, a ich zdjęcia uświadczycie na wszelkiego rodzaju reklamach czy przewodnikach turystycznych. Jej kształt jest rzeczywiście przyjemny dla oka i wyróżnia się spośród innych szczytów tym bardziej, że jest to samotne strome wzniesienie tuż przy brzegu morza.

sneafel-34.jpg

sneafel-35.jpg

Pisząc o Snæfellsnes nie mogę nie wspomnieć o niewielkim lodowiecu Snæfellsjökull (którego niestety nie pokażemy we wpisie, choć znajduje się on na półwyspie), który został bohaterem klasyki literatury! Juliusz Verne umieścił go w Podróży do wnętrza Ziemii jako… portal do tytułowego środka planety. Wejście na lodowiec (i wulkan zarazem) na własną rękę jest dość niebezpieczne, zwłaszcza bez odpowiedniego sprzętu, dlatego my w naszych dresach raczej nie myśleliśmy o tym, by marznąć próbując podążyć śladami bohaterów dziewiętnastowiecznej powieści Verne. Kolejna atrakcja na inny, mniej chillowy wyjazd.

sneafel-36.jpg

sneafel-37.jpg

Po kilkunastu godzinach jazdy, Czarka zaczęło dopadać zmęczenie. Co prawda, białe islandzkie noce sprawiają, że trochę łatwiej walczyć z sennością, ale nie da się od niej całkiem uciec. Z tego też powodu omineliśmy na półwyspie Snæfellsnes mnóstwo miejsc, do których bardzo chcemy jeszcze wrócić. Jest to doskonała alternatywa dla popularnego wśród turystów Golden Circle, według nas zdecydowanie ciekawsza i przyjemniejsza. Jeżeli przylecicie kiedyś na Islandię na tylko kilka dni - wybierzcie Snæfellsnes (i opcjonalnie Glymur) a na pewno ta "miniatura Islandii" pokaże wam wszystkie naturalne skarby jakie ma do zaoferowania wyspa lodu i ognia.

sneafel-38.jpg

sneafel-39.jpg

Ostatni przystanek wybraliśmy w ciepłych źródłach, do których dotarliśmy około 2 w nocy (a właściwie rano!). Ciężko wydostać się z tak kojącej zmęczenie i relaksującej wody, w dodatku z takimi widokami wokół, ale trzeba w końcu było powrócić do odkładania mamony na zdecydowanie większe podróżnicze cele… Wyglądam jakbym umarł w tej wodzie, ale na szczęście ospały Cezary dowiózł nas bezpiecznie do Reykjavíku, gdzie wróciliśmy do szarego życia imigranta. Przynajmniej do czasu kolejnej wyprawy!


Autostop podróże napędzane Steemem!


Możesz zalogować się swoim kontem Steem za pomocą bezpiecznego Steemconnect, aby wpływać na treści bloga. Będziesz mógł komentować oraz głosować na wpisy i komentarze.

Zaloguj się Steemconnect

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował